sobota, 7 marca 2015

All that SLES (I)

Gdybym napisał, że SLES jest w porządku, naraziłbym się na poważną krytykę. Napiszę zatem: SLES nie jest taki zły jak się wydaje. Nie będę gołosłowny i postaram się to w niniejszej notce udowodnić.
Zanim o samym SLESie, kilka słów o jego "starszym bracie", czyli SLS. Rozwinięcie tego skrótu to: Sodium Lauryl Sulfate, czyli sól sodowa siarczanu alkoholu laurylowego. W czystej postaci jest to biały proszek, który cholernie się pyli, a co gorsza, nawet niewielka jego ilość wywołuje gwałtowny kaszel i uczucie "duszenia". Straszne świństwo. W zakładach, w których jest on wykorzystywany, pracownicy obowiązkowo korzystają z okularów ochronnych oraz masek na usta. Niestety, dłuższe przebywanie w pomieszczeniu, w którym znajduje się SLS może powodować podrażnienia skóry. Nie brzmi to zachęcająco, prawda?

Do produkcji kosmetyków wykorzystuje się jednak wodne roztwory tej substancji (zazwyczaj ok. 30%). Nie są one już tak bardzo szkodliwe. Dla porównania podam przykład octu. Czy ktoś miał do czynienia z czystym kwasem octowym? Wydaje mi się, że pierwsze wrażenie robi nawet gorsze, niż czysty SLS. Po rozcieńczeniu (ok. 10% roztwór) otrzymujemy ocet spożywczy. Uwielbiam korniszony. Marynowane grzybki również.
SLES (Sodium Laureth Sulfate), który jest głównym bohaterem tego tekstu, różni się od SLS tym, że wprowadzono do niego grupy oksyetylenowe. Jego struktura wygląda tak:
Wspomniane grupy oksyetylenowe znajdują się w nawiasie (tym z literką "n"). SLS nie ma tych grup. Wprowadza się je po to, aby poprawić rozpuszczalność związku w wodzie, a także, aby zmniejszyć jego potencjał drażniący. Kontrowersją, która wzbudza wiele emocji (szczególnie wśród osób preferujących kosmetyki naturalne) jest fakt, że do oksyetylenowania wykorzystuje się tlenek etylenu czyli epoksyd powstający przy użyciu etylenu, który uzyskuje się  przerobu ropy naftowej.
Wymieniłem chyba wystarczająco dużo argumentów przeciwko SLESowi. Teraz sukcesywnie będę te argumenty "łagodził".
Po pierwsze: warto zastanowić się, jak wygląda mechanizm drażnienia skóry przez dzisiejszego bohatera. Podrażniona skóra jest wynikiem oddziaływania z wolnymi cząsteczkami związku. W roztworach wodnych tworzy on micele, czyli struktury, kojarzące się z kulą, mogące jednak przyjmować również inne kształty. W rzeczywistości, większość cząsteczek tworzy micele, ale zawsze pojawiają się jacyś indywidualiści, którzy chcą pływać samotnie. Zadaniem kosmetologa jest pozbycie się ich, czy raczej - zaangażowanie wolnych cząsteczek w inne "projekty". Można to zrobić przy pomocy hydrolizatów protein. W kosmetologii wykorzystuje się całe spektrum hydrolizatów: z pszenicy, ryżu, mleka, keratyny, kolagenu, perły i wielu innych. Proteiny to białka, a białka składają się z aminokwasów, które posiadają (jak sama nazwa wskazuje) grupę aminową, która może wytworzyć ładunek dodatni. Idealnie łączy się on ze zdysocjowanym anionem samotnego SLESu powodując, iż nie będzie on więcej zagrażał naszej skórze.
Innym sposobem "neutralizacji" wolnego SLESu jest dodatek łagodnych środków myjących - amfoterycznych jak na przykład betaina, bądź niejonowych jak alikilopoliglukozudy (Decyl Glucoside, Coco Glucoside, Lauryl Glucoside, etc.). Tworzą one wtedy tak zwane micele mieszane - wolny SLES zostaje w nie wbudowany.
Po drugie: pojawia się pytanie, dlaczego w ogóle wykorzystujemy związki o działaniu drażniącym? To prawda - są tanie, ale to nie jedyny powód. Siarczany alkilowe (czyli między innymi SLS i SLES) pienią się, jak żadne inne związki myjące. Serio. Ponadto, nadają kosmetykom myjącym doskonałą "rozprowadzalność". Wiadomo, że wśród konsumentów panuje (błędne) przekonanie, że jeżeli coś się nie pieni, to nie myje. Użycie siarczanów alkilowych jest w pewnym stopniu wymogiem konsumentów. Wielokrotnie czytałem na wizażu opinie dotyczące ultra-łagodnych szamponów i płynów do mycia: "Słabo się pienił, więc kupiłam inny ze SLESem".
Ponadto, w przypadku innych środków myjących występują problemy z zagęszczeniem, czyli zwiększeniem lepkości. Jednym z kryteriów dobrego płynu do pielęgnacji jest jego konsystencja. Płyny zbyt "wodniste" są z miejsca odrzucane przez konsumentów. SLES zagęścić bardzo łatwo - dodając szczyptę dowolnego elektrolitu (związku, który dysocjuje w wodzie). Najbardziej popularnym elektrolitem jest... chlorek sodu czyli sól kuchenna. W pozostałych przypadkach musimy kombinować z mieszanymi micelami bądź zagęstnikami - carbomerem, gumą ksantanową czy poliakrylanem sodu.
Po trzecie: czy siarczany alkilowe naprawdę są dla nas tak szkodliwe? Poniekąd tak, ale tylko dla osób z bardzo wrażliwą skórą. Podrażnienia jednak (w mojej opinii) wynikają ze złej kompozycji kosmetyków - za dużo SLESu, za mało substancji "łagodzących". Dowodem na moje twierdzenia będą kosmetyki hipoalergiczne, które zawierają SLES. Są to np. Sanex albo Apart. Naturalna Alterra z Rosmanna też go zawiera, ale to temat na odrębną notkę. Sugeruję przejrzenie kosmetyków hipoalergicznych w drogerii: zapewniam, że przynajmniej połowa (jeśli nie więcej) będzie miała w swoim składzie SLES bądź jego pochodne.
To dopiero pierwsza notka dotycząca "największych wrogów wrażliwej skóry" - wkrótce pojawi się ich więcej.
Do zobaczenia wkrótce!

2 komentarze:

  1. Obrazek ze strukturą się nie wyświetla.

    OdpowiedzUsuń
  2. Mężczyzna na Wenus13 kwietnia 2015 01:56

    Naprawione!:)

    OdpowiedzUsuń